Rozmowy o Kutach

Z Alicją Grażyną Gäntner rozmawiał Franciszek Wasyl (rozmowę zarejestrowano w Krakowie w lipcu 2016 r.)

Mojzesowiczowie, Jeklowie, Gäntnerowie

ALICJA GRAŻYNA GÄNTNER O czym będziemy rozmawiać?

FRANCISZEK WASYL O Kutach i pamięci rodzinnej związanej z tym miasteczkiem. Zbieram materiały do książki ukazującej społeczeństwo Kut między 1715 a 1945 rokiem. Szukam wszędzie: w Polsce, na Ukrainie, w Austrii, w Stanach Zjednoczonych, gdzie są kolekcje dotyczące głównie Żydów.

AGG. W Kutach około sześćdziesięciu procent ludności to byli Żydzi.

FW. No właśnie, czasem się o tym zapomina, mówiąc o ormiańskiej rzeczpospolitej w Kutach…

AGG. Ja się tego dowiedziałam dopiero z literatury. Wcześniej nie wiedziałam, że było ich aż tak dużo. Kirkut był jeden, o ile pamiętam. To znaczy tylko jeden jest zaznaczony na mapce rysowanej przez znajomych. A wydawałoby się, że mogłoby być więcej. Ormian było tam raptem dwadzieścia procent, Polaków też niewiele więcej. Ormianie hodowali bydło i handlowali bydłem, a najczęściej sprzedawali to bydło na ubój. Jeżeli Żydzi chcieli zaopatrzyć się w wołowinę, to chętnie kupowali żywiec sami, a nie żeby ktoś dostarczył im ubite mięso. Chodziło, jak wiadomo, o rytualny ubój. To samo było z rolnymi produktami, na przykład z owocami. Moi prapradziadek i pradziadek , którzy nie byli Ormianami – wywodzili się z rodziny czysto niemieckiej – mieli kilka sadów o dużych powierzchniach z bardzo dobrymi gatunkami owoców. Sadzonki sprowadzali z Holandii, z Belgii i gdzieś tam z Europy – takie mieli hobby pradziadek i jego ojciec. Sprzedawali te owoce na pniu – do zbierania. Wyglądało to tak, że sad węgierkowy w tym roku „kupił” ten a ten. A sad z brzoskwiniami „kupił” ktoś inny. Przeważnie kupowali ten zbiór owoców Żydzi i dalej już zajmowali się przetwórstwem i sprzedażą – wozili te produkty aż do Wiednia, gdzie bardzo chętnie kupowano nasze powidła. W Austro-Węgrzech znane były też ormiańskie wyroby wędliniarskie.

FW. Zatrzymajmy się na chwilę przy niemieckiej gałęzi rodziny. Jeklowie należeli do zamożniejszych mieszkańców miasteczka. Synowie Hermana w latach 30. mieli opinię lokalnych playboyów, jeździli drogimi kabrioletami po okolicy…

Bogdan Kazimierz Mojzesowicz, syn Józefa i Marii z Matuszewskich, z żoną Kornelią z Jeklów i córką Ludwiką. Wiedeń, 1918 r. Kornelia zmarła kilka miesięcy później na hiszpankę, rodząc syna, który też zmarł, fot. zbiory prywatne A.G.Gäntner

AGG. Byli właścicielami młynów, tartaku, „przemysłowych” sadów i kilkunastu parcel. Poza tym byli to tak zajadli ewangelicy, że mojej babci o mało nie wykopali z rodziny, bo zmieniła obrządek na ormiański. Pradziadek był dwukrotnie żonaty. Pierwszy raz ożenił się z panną z Austrii (z rodziny, której potomkowie do tej pory mieszkają pod Wiedniem) . Mieli czworo dzieci: babcia była najstarsza, potem były dwie siostry i chłopak. Rodząc tego chłopca prababcia w wieku dwudziestu siedmiu lat zmarła. Pradziadek wziął do opieki nad sierotami kobietę, Polkę Anielę Stanisławę Wolską. No a potem, tak wyszło – po trzecim synu, który się im urodził, zdecydował się z nią ożenić, choć była katoliczką. Nie była to miła macocha, ale to nie jest istotne. Ważne jest, że moja babcia wyszła za mąż za Ormianina i pierwsze dziecko (czyli moją mamę ) urodziła w 1914 roku, gdy zaczęła się wojna.

FW. W Kutach?

AGG. Nie, nie, to wszystko dzieje się w Wiedniu, dokąd zmobilizowany został dziadek. W czasie gdy służył na froncie, babcia siedziała u rodziny w Wiener Neustadt. Córkę urodziła już w Wiedniu. Mama została ochrzczona w ormiańskim kościele mechitarystów w dziewiątym Bezirku. Potem babcia znów była w ciąży i drugie dziecko miało się urodzić w 1918 roku. Mam nawet jedno zdjęcie z tego czasu. Moja mama, malutka, stoi obok swojej matki i opiera się rączką, nie, nie o kolana… Widać, że tam coś jest. Babcia była już wtedy w wysoko zaawansowanej ciąży i po prostu łokieć mamy dobija się do braciszka. Chociaż tego nie widać, mam na zdjęciu całą rodzinę. Ale rok 1918 to był fatalny czas, panowała wtedy hiszpanka. I babcia „załapała się” na tę hiszpankę. Dziecko umarło, babcia umarła (miała dwadzieścia siedem lat). Dziadek oboje przywiózł do Polski i pochował w Kutach. Teraz przychodzi rok 1939. Moja mama wychodzi za mąż , w 1943 jest w ciąży, ma dwadzieścia siedem lat…

FW. Tak jak jej mama.

AGG. I jak babcia… Gdyby nie mój chrzestny ojciec Zbigniew Tustanowski, ginekolog, to byłaby odeszła. Uratował ją także roztwór soli fizjologicznej, po który ojciec pojechał w góry do strażnicy niemieckiej (austriackiej). Z tym się wiąże zresztą zabawna historia. Urodziłam się w kwietniu, w czerwcu był chrzest. Mama już powoli, powoli z wózeczkiem koło domu się kręciła. Idzie taki Austriak ze straży granicznej: „Grüss Gott, gnädige Frau”. Mama na to: „Grüss Gott”, no bo czemu nie. A mieli do mamy sentyment, bo była wiedenką, „ich dzieckiem”. „O das ist die kleine?” „Ja”. „Wie heisst?”. „Alicja”. A ten Austriak: u nas po niemiecku też jest Alicja. Na to mama: „Auf Wiedersehen” i poszła do domu. Weszła do środka i mówi: „Jak mi ktoś do dziecka powie Ala, to mu powyrywam nogi, albo jeszcze co gorszego. Dziecko się nazywa od dzisiaj drugim imieniem: Grażyna. Nie ma Alicji! I żaden Szwab mi nie będzie mówił, że …bei uns ist auch Alice!”. I dlatego jestem taka dwuimienna.

FW. Grażyna to imię nadane przy bierzmowaniu?

AGG. Nie, to było drugie imię nadane przy chrzcie, a w czasie bierzmowania (które w ormiańskim obrządku odbywa się przy chrzcie) dano mi imiona po babciach. Niemiecka babcia była Kornelia, a polska była Albina. Zgodnie z tradycją rodzinną, jestem nazywana drugim imieniem.

FW. Jak funkcjonowała rodzina, której część była obrządku rzymsko-katolickiego, a część – obrządku ormiańskiego i wreszcie część – ewangelicka? Co było spoiwem nadrzędnym? Czy nie poczucie polskiej tradycji?

AGG. Moja rodzina, jak widać, jest pomieszana z trzech nacji: Polacy, Ormianie i Niemcy. Wspomniana babka Niemka wychodząc za mąż za dziadka Ormianina przeszła na obrządek ormiański. Jej młodsza siostra, wychodząc za Polaka, oficera wojsk polskich, podpisała tylko zobowiązanie wychowywania dzieci w religii rzymskokatolickiej, czego bardzo, jak to Niemcy, dla których ordnung muss sein, pilnie przestrzegała. Prowadziła za rączkę w niedzielę do kościółka, a jakże, i sama tam siedziała, bo ostatecznie nikt jej stamtąd przecież nie miał powodu wyrzucać. Jako ewangeliczka, sama też chciała się gdzieś pomodlić. Była to jedyna rodzina ewangelicka w tamtym czasie w Kutach. Do najbliższego zboru trzeba było jechać do Kołomyi albo do Kosowa. Toteż nikt w Kutach się nie dziwił, że członek tej niemieckiej rodziny idzie się pomodlić do tutejszego kościoła. Tak o tym opowiadam, jakbym odkryła Amerykę, a przecież ja tego sama nie przeżyłam. Miałam to szczęście, że dziadkowie, rodzice mojego ojca, żyli mniej więcej pod setkę. Zwłaszcza dziadek dużo pamiętał, dużo opowiadał i pięknie śpiewał. Był w Sokole, jak tylko gniazdo tego towarzystwa zawiązało się w Kutach. Mam nawet jego legitymację. Mam też takie zdjęcie: dwóch panów w mundurach sokolich, dziadek po cywilnemu stoi za jednym z nich z lewej strony.

FW. Jak miał na nazwisko dziadek?

Brydż na balkonie domu Jeklów w Kutach, ok.1930 r. Pierwsza z lewej, w mundurku urszulańskim, Ludwika Maria Mojzesowicz (po mężu Gäntner), czwarta z lewej jej babka Maria z Matuszewskich Mojzesowiczowa, fot. zbiory prywatne A.G.Gäntner

AGG. Gäntner – to jest moje nazwisko po ojcu. Rodzina ojca jest polska. Właśnie: nazwisko z umlautem, a rodzina jest polska! No, bywało. Natomiast rodzina ormiańska to są Mojzesowiczowie. Dość ciekawa ormiańska rodzina jeśli chodzi o Polskę. W zasadzie wszyscy jesteśmy „jakoś tam” spokrewnieni, bardzo często więcej niż sześć pokoleń do tyłu. Wątpię, czy ktoś z nas jest w stanie cofnąć się dalej, niż te sześć pokoleń, nawet w dobie digitalizacji metryk. Wiele zależało od tego, kiedy dany ród dotarł do Polski, do jakiego miejsca dotarł. Mojzesowiczowie dotarli do Kut, szli od południa w kierunku północy, szlakiem handlowym: Jassy, Kuty i dalej do Lwowa. Poza Lwów nie bardzo. Nie było między moimi krewnymi Ukraińców-Rusinów, ale były bardzo przyjazne związki, bo przecież ci ludzie razem chodzili do szkoły: Żydzi, Polacy, Ormianie, Rusini, Węgrzy, kto tam nie mieszkał, to do tej polskiej szkoły chodził. Co prawda: chłopcy osobno, dziewczynki osobno, ale tu był brat, tu była siostra… I wszystko się przyjaźniło, lubiło, żyło razem. Tak to trwało, niekoniecznie wchodząc w jakieś ściślejsze związki rodzinne. A Ormianie nie mieli żadnych problemów z nawiązywaniem takich właśnie, mieszanych, związków małżeńskich, ponieważ nie było bariery religijnej od momentu, kiedy kościół ormiański w Polsce wszedł w unię z Rzymem. Kiedyś opowiadał ksiądz Isakowicz, że młodzi Ormianie w Polsce chcieli wziąć ślub i na wszelki wypadek napisali do babci do Armenii: „Czy ten ksiądz w Polsce jest ormiański, jak to poznać? To, że przeczyta w grabarze, to jeszcze mało”. A babcia odpisuje: „Jeżeli jest nieżonaty, ma brodę i mówi w grabarze – możecie brać ślub”. Śmiech… A więc odkąd nastąpiła unia z Rzymem, nie było tu żadnego problemu. Mój ojciec wychowany w rzymskim kościele, w obrządku rzymskim, brał ślub w katedrze ormiańskiej…

FW. W którym roku?

AGG. W 1939 roku, 11 września. Było to już po pierwszym bombardowaniu Lwowa, kiedy szklany dworzec poszedł w drobny mak, a ojca to kosztowało pociętą skórę na oficerkach. To było te kilka dni między jednym a drugim frontem: niemieckim i rosyjskim, w środku, między ruchami wojsk. Ojciec utknął we Lwowie, do swojego Pułku Ułanów Grochowskich do Suwałk nie dał już rady dotrzeć, za późno przyszły dokumenty mobilizacyjne. Dojechał do Lwowa, tam się zgłosił do dowództwa i tyle. I bardzo szybko się skończyło to wojsko. Właśnie dlatego ślub odbył się we Lwowie.

FW. W katedrze ormiańskiej, ponieważ Pani mama była Ormianką.

AGG. Ja też byłam chrzczona w obrządku ormiańskim, ale już w Kutach. Przy okazji, przeżyłam takie poruszające wydarzenie. Kiedy byłam pierwszy raz w Kutach, udało mi się wejść do kościoła ormiańskiego, w którym mieści się dziś cerkiew prawosławna. Pani, która pomagała mi się tam poruszać, Polka pochodzenia ormiańskiego (z rodziny Agopsowiczów, po mężu Kriwcowa), świetnie mówiąca po polsku, poszła ze mną, otworzono nam kościół… Oczywiście nie wszystko wyglądało tak, jak kiedyś, nie mniej jednak od czasu wojny nie było żadnego remontu. Freski zostały tak, jak były. Zapytałam popa: „Co mogę robić, a czego nie?” Odpowiedział mi: raczej niewiele dotykać. No to za święte wrota nie wolno, wiadomo. Zresztą za dużo tam miejsca za nimi nie było w tym małym kościółku. No, ale była chrzcielnica, pod freskiem ze świętym Antonim (kościół był tego wezwania). Nigdy nie przypuszczałam, że poznam to miejsce, gdzie mnie chrzcił ksiądz Manugiewicz, ostatni proboszcz ormiański, leżący dziś na cmentarzu w Kutach. To chyba był ostatni taki uroczysty chrzest, bo w czasie odpustu, na świętego Antoniego, do tego w imieniny mojego ojca. Był czterdziesty trzeci rok. I ostatni odpust. Później już nie było z kim robić odpustu, bo jednak większość Ormian uciekła, wyjechała, została zabrana transportem. Różnie to było. Kuty ewakuowano do Polski gdzieś w czterdziestym piątym roku, nie wiem dokładnie kiedy. Wiem, że rodzice wcześniej uciekli do Stanisławowa, w Kutach zostałam ja, babka mojej mamy, Mojzesowiczowa po mężu, i rodzice ojca.

FW. Czy byli tam w okresie ataków UPA?

AGG. Oczywiście, rodzice uciekli z Kut po paru miesiącach ukrywania się przed banderowcami. Te napady zaczęły się chyba na przełomie 1943 i 1944 roku lub na wiosnę 1944. Pewnego razu (rodziców nie było w domu) napadła na nas grupa zupełnie obcych ludzi (nie naszych Rusinów). Wygarnęli z dwóch ulic ludzi; młodych między nimi prawie już nie było, bo pouciekali, pochowali się. Wśród wyprowadzonych znalazła się moja prababcia [Maria z Matuszewskich Mojzesowiczowa], ze mną na rękach. Oprócz niej byli i Rusini, i Polacy, kogo złapali, to zgarnęli. Postawili całe to towarzystwo, razem z dzieckiem, pod ścianą, pod jakąś stodołą, na rozstrzelanie. A ja już wtedy nie miałam oporów w kontaktach z ludźmi – to dziecko okazało się od początku jakieś namolne. Bardzo mi się spodobała broda szefa bandy, taka nietypowa ozdoba męska (u nas w domu nosili wąsy, a nie brody). W związku z czym, od razu z łapami do tej brody. A on się pyta Babci, czy to córka, córeczka, kto to jest. „Nie, to prawnuczka”. „O, to ty już taka stara jesteś?. „No taka stara”. I wziął mnie od Babci. No tak, a jakże, mogę się bawić tą brodą! Nic mi nie przeszkadzało. A Babcia wtedy… co to znaczy jednak starsi ludzie, jaki oni rozum mają… Babcia pyta: „A może wy głodni jesteście?”. „A coś macie jeść?” – mówi brodacz. „No nie mamy wiele, ale co jest, to się podzielimy”. „Babciu!” – znajomi i sąsiedzi mówili tak właśnie do Babci – no przecież nic nie ma…”. „ Kaszy nie masz, jedno jajko, jakieś coś, cokolwiek – przynieś, co masz! No i samogon! Resztę to ja będę kombinować”. Babcia posadziła to bractwo do jedzenia, zeżarli, co dostali, powiedzieli „Z Bohom”… i poszli. I zostawili te piętnaście osób żywych. A na następnej ulicy inne piętnaście wytłukli. Swoją robotę musieli przecież odrobić.

FW. Czy ten dowódca został rozpoznany?

AGG. Nie, on nie. W czasie innego napadu, kiedy tej samej Babci Mojzesowiczowej rozbito głowę, owszem, rozpoznała sprawcę. Chociaż to był szczególny przypadek. Herszt bandy zapytał, czy wie, kim jest, czy go poznaje. Babcia tłumaczyła po rusińsku, że ona nic nie wie. Nawet nie patrzyła w jego stronę. A przecież poznała go natychmiast, chociaż nie był z Kut. „No a gde dochtor, gde dochtorowa detyna, gde oni wse?” Nie znam na tyle ukraińskiego, żeby powtórzyć jego pytania, ale pamiętam, jak mi to opowiadano w domu. Babcia powiedziała, że nic nie wie, że ona jest tylko służąca, Maryjka. Faktycznie miała na imię Maria. Ale on mimo wszystko zamierzył się w kierunku Babci nastawionym na sztorc bagnetem. Babcia mówiła, że aż oczy zamknęła ze strachu. Coś się stało, że on obrócił ten karabin kolbą do niej. Gdyby ją przebił bagnetem, byłoby po zawodach. Tymczasem uderzył ją kolbą w głowę. Miała długie, gęste włosy, splecione w warkocze (które ja świetnie pamiętam, bo później, w końcu lat 40., zawsze lubiłam ją czesać), te długie warkocze były owinięte dookoła głowy, na to jeszcze ze trzy chustki mniej lub bardziej obłachane. Kiedy dostała w głowę okutą kolbą, oczywiście zemdlała, upadła, polała się krew i pękł jej bębenek w uchu. Już nigdy nie odzyskała słuchu w tym uchu, ale w sumie – nic jej się nie stało. Gdy banda odeszła, wpadli tam ludzie. „Zabili, no zabili tę starą Mojzesowiczową! Matko Święta, trzeba iść patrzeć, trzeba będzie ją chować”. A ona właściwie już do siebie doszła. „U was byli?” – pyta. „Nie byli – mówią – A kto? A co?” . „No jak to kto? No ksiądz Zakryuski tam był” – mówi babcia. To był ksiądz grekokatolicki z sąsiedniej parafii. Zakryuski [Zakrzewski] był szefem grupy, która napadła na Kuty.

FW. To już był kres współżycia różnych nacji w tym miasteczku.

AGG. Chciałam jeszcze dodać jedno na temat tego współżycia przed wojną. Działo się to w czasie, gdy zmarł ojciec babci [Herman Jekel], wiosną 1927 roku. Pamiętajmy, że miał ważną pozycję. Kiedy zmieniał się starosta w Kosowie, to on przyjeżdżał do Kut witać się z moim pradziadkiem przemysłowcem: „Szanowny panie Jekel, jestem nowym starostą, jakby co, to się polecam”.

FW. Stosunki między Kosowem i Kutami były specyficzne, powiedziałbym, że Kosów miał kompleks na punkcie Kut. To był kurort, bywali tam prominenci…

AGG. No, tak, ale pradziadek rzeczywiście był w Kutach figurą, która coś znaczyła w sensie materialnym. Pradziadek umiera i co? Przyjeżdża oczywiście pastor ewangelicki. Przychodzi też, rzecz jasna, łaciński ksiądz Wincenty Smal, bo przecież grali razem w preferansa i różne wina kosztowali (w naszym domu w Kutach była piwnica z cysterną na dwa tysiące litrów wina. Pewnie do dziś tam jest…). Przychodzi ksiądz Samuel Manugiewicz. Mało tego, jeszcze przychodzi rabin. No bo z kim robiło się interesy? Tylko jest problem: bo i ksiądz, i pastor mogą być przy zwłokach, a rabin nie. Każdy miał przemowę przy wejściu. Dziadzio leżał w jadalni, wszystkie okna były otwarte na ogród, był ciepły kwiecień 1927 roku. Idzie rabin, obok niego dwóch chłopców do pomocy, mają książki do modlitwy. I nie ma mowy, żeby wszedł do pokoju, nie wolno. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że to jest nacja południowa i jak się zapali w rozmowie, to nie myśli, co robi, tylko, co mówi. I już jest jedną nogą za progiem! Więc chłopaki go ciągną za chałat, za szaty, do tyłu. A on mimo wszystko robi to samo za pięć minut, bo to długa przemowa była, kwiecista, ponoć bardzo piękna, po niemiecku wszystko się odbywało – toteż parę razy trzeba było mówcę wyciągać na zewnątrz. I nic się nie działo. Ani się nie buntował rzymski ksiądz, ani pastor nic nie miał do tego rabina, ani rabin do ormiańskiego księdza i wszyscy czterej prowadzili pogrzeb starego Hermana Jekla.

Dom pradziadka

FW. To musiał być zamożny i szanowany człowiek.

AGG. W czasie, gdy umierał pradziadek, rodzina Jeklów świetnie prosperowała finansowo. Gdy jego ojciec, czyli mój prapradziadek Ludwik Jekel przyjechał do Kut z żoną Anną, był prostym młynarzem. Kupił od Żydów mały drewniany młyn kukurydziany. To był młyn wodny, usytuowany blisko Czeremoszu. Wkrótce pobudowali drugi, trzypiętrowy młyn, tzw. „żytni”. Nie dało się, z braku miejsca, zrobić tego przy rzece, więc wzięli inżyniera i zaprojektowali młynówkę. Miała trzy kilometry, była dość szeroka, przerzucono przez nią kilkanaście mostków. Kajakiem i łódkami się tam jeździło, można było też pływać – dobrze, głęboko była wykopana ta młynówka, nie żaden strumyczek. Równocześnie Jeklowie zabrali się do budowy tartaku. Przy ostatnim „pszennym” młynie, który istnieje zresztą do dziś, a funkcjonował do lat 70. – 80. XX wieku, stanęły trzy budynki. Jeden był sześcioizbowy z piwnicą i stryszkiem, drugi: trzyizbowy i trzeci: dwuizbowy. W największym budynku mieszkał Obermüller, czyli nadzorca młyna, nazywał się Piotr Trześniowski [1875–1922]. Jego córka Jadwiga [ur. 1911] wyszła za mąż w 1934 roku za jednego z Mojzesowiczów, Bogdana, kuzyna mojego dziadka. W trzypokojowym domu była tak zwana kantora czyli biuro, bo trzeba było wszystkim zarządzać. Była w Kutach także ulica Młyńska, przy której mieszkali robotnicy z młyna Jekla. Do dziś żyją tam ich potomkowie. W czasie jednej z wizyt w Kutach, gdy wlazłam na tę ulicę, to wołali za mną: „Hermanowa, Hermanowa detyna pryjechała!”… Śmiech… Ktoś nawet przyniósł i podarował mi zdjęcie pradziadka Hermana…

Herman Jekel z drugą żoną, Anielą Wolską, oraz synami Ludwikiem (starszy) i Ewaldem, Kuty, ok. 1910 r., fot. zbiory prywatne A.G.Gäntner

FW. Młyny, tartak, własna młynówka. Herman Jekel miał także sady owocowe, o czym mówiliśmy ostatnio.

AGG. Gdy urodzili się trzej synowie z drugiego małżeństwa i zaczęli dorastać, potrzeba było pieniędzy. Pradziadek myśli sobie: dobrze, że wykopaliśmy młynówkę, ale skoro w Borysławiu pokazała się ropa, to dlaczego wszystko ma działać na wodę, skoro może na ropę, czyli na prąd? Więc kupuje agregat…

FW. Człowiek idący z duchem czasu…

AGG. Uwielbiał nowości. Ale nie głupie nowinki, typu ten czy inny nowy samochód. Samochody to kupowali chłopcy, jego synowie. Dziadek inwestował w maszyny. Kupił agregat, ropę sprowadzał koleją do Kut. Agregat dawał dwa razy więcej prądu, niż było potrzeba. Czemu ma się marnować? No to pradziadek mówi: kto chce, to mu sprzedam.

FW. Miał „głowę do interesów”… Czy wśród tych wszystkich przedsięwzięć Pani pradziadka, była też i budowa domu?

AGG. Owszem. Na koniec wybudował willę, w której zresztą potem umarł. Dom liczył jedenaście pokoi, na górze znajdowały się chyba cztery sypialnie, balkonik, na którym grało się w karty. Okna od środka były wykończone półkoliście, od zewnętrznej strony zrobiono między nimi coś na kształt imitacji kolumn. Podjazd przy domu prowadzący do zabudowań gospodarczych był wybrukowanym płaskimi otoczakami z Czeremoszu, zakopanymi pionowo. Gdy byłam pierwszy raz w Kutach, nie brakowało ani jednego kamienia, tak porządnie były ułożone… Do domu wchodziło się przez ganeczek, w którym dziś jest kapliczka. Przez całe wnętrze, wzdłuż domu, wiódł korytarz. Do budynku doprowadzony był prąd, zainstalowany hydrofor, w łazience i ubikacjach była bieżąca woda. Były w Kutach i inne domy murowane, z różnymi udogodnieniami, ale tylko nasz miał wszystkie nowoczesne urządzenia naraz. W willi były poza tym przepiękne piece kaflowe, sprowadzane z Wiednia, z motywami kwiatów. Najpiękniejsze piece umieszczono na dole, jeden zdobił gabinet pradziadka. Gdy w czasie wojny wszystkich nas stamtąd wyrzucono, Sowieci urządzili na miejscu szpital wojskowy (szpital zresztą jest tam nadal, ale już przeciwgruźliczy). W jadalni, w której znajdował się stół na dwadzieścia parę osób, i gdzie leżał po śmierci dziadek, urządzono salę operacyjną. Kierowniczka szpitala opowiadała, że „zastawiała sobą” zabytkowe piece, bo ciągle ktoś je chciał wyszabrować. „A dlaczego je zabierać” – wołała do intruzów – „Tu się urodziły, tu jest ich miejsce! Tu mają być”. Obroniła kobieta te piece. Do dzisiaj zresztą tam mieszka, przy ul. Zielonej 9. Opowiadała mi, że pewnej ciężkiej zimy, pozrywali boazerie i wrzucili do pieca, bo nie było czym palić. Tam, gdzie tyle lasów dookoła!... Potem stłukły się muszle klozetowe, więc wyrzucili je, została dziura. Hydrofor zardzewiał, no cóż, trudno, można spłukać wiadrem. Po co bieżąca woda?... A to szpital miał być przecież.

FW. Herman Jekel zostawił po sobie nie tylko duży majątek, dom, ale i sporą rodzinę.

AGG. Był dwukrotnie żonaty: z pierwszego małżeństwa z Austriaczką Elżbietą Marią German miał córki: Kornelię [ur. w 1891 roku w Kutach, od 1910 zamężna z Bogdanem Kazimierzem Mojzesowiczem, zm. w 1918 roku na hiszpankę w Wiedniu], Hildę [wł. Hildegarda Jekel ur. w 1892 roku w Kutach, w 1926 roku wyszła za mąż za Stanisława Augustyniaka, zm. w Niemczech] oraz Erykę [Erika Jekel ur. w 1894 w Kutach, zm. tamże ok. 1912 roku]. Hilda była niezwykle utalentowaną pianistką, uczyła się z początku u organisty w Kutach. Potem pojechała do Wiednia, do konserwatorium i przystąpiła do egzaminu do najniższej klasy. Kazali jej usiąść i grać, a potem pytają: „Dlaczego pani chce do najniższej klasy? Przecież pani powinna iść na trzeci kurs”. Nie skończyła, niestety, tego konserwatorium, ale grała wspaniale. W czasie okupacji była jedyną żyjącą córką Hermana z pierwszego małżeństwa. Moja mama była z nią bardzo blisko. Ciotka uważała, że powinna jej matkować, no bo to sierota po najstarszej siostrze. Również dziadzio Bogdan Mojzesowicz był ze swoją szwagierką Hildą zżyty, uważał ją za odważną i obytą w świecie.

FW. A jak doszło do małżeństwa Bogdana Kazimierza Mojzesowicza z Kornelią Jeklówną?

AGG. Wyobraźmy sobie małe miasteczko przed pierwszą wojną światową i co w nim znaczy jeden jedyny inżynier. Tak samo było z lekarzami dwadzieścia lat później. Mój ojciec był drugim lekarzem po Zbyszku Tustanowskim [ur. 1904], który nie wywodził się stamtąd. Potem się mówiło: poszedł się uczyć na Tustanowskiego, poszedł się uczyć na Gäntnera, to znaczy na ludzkiego lekarza, albo na lekarza weterynarii. Więc było oczywiste, że jak jest ten jeden inżynier – Mojzesowicz – po wiedeńskich studiach i jest w miasteczku bogata dziewczyna, to musi dojść do ślubu. Babcia Kornelia, w odróżnieniu od młodszej siostry Hildy, nie miała żadnych talentów, ale miała przepiękne fiołkowe oczy. Pewnie uważała, że złapała Pana Boga za nogi, bo wyszła za mąż za tego, w kim się zakochała. On natomiast tak bardzo chyba się nie zakochał, ale żyli ze sobą dobrze, choć bardzo krótko.

FW. Wróćmy jeszcze na chwilę do ojca Kornelii. Pani niemiecki pradziadek musiał być niezwykłą osobą. Proboszcz katolicki Wincenty Smal zostawił w swoich księgach taką oto notatkę na jego temat: „Jekel Herman, ewangelik, właściciel dwóch młynów, protestant zaciekły, dzieci ochrzczone w naszym kościele przez Starostwo przepisał na protestantyzm […]”. Ksiądz Smal odnotował też, że druga żona Hermana „ur. 1871, przeszła z katolicyzmu na protestantyzm na żądanie męża, u niego była pokojówką [naprawdę była nianią córek] i nałożnicą, ślub odbył się w zborze ewangelickim […]”.

AGG. Zacznijmy od początku: dzieci z pierwszego małżeństwa – z ewangeliczką – nie były nigdy ochrzczone w kościele katolickim, wszystkie wieziono do Kołomyi do zboru. A więc córki z pierwszej żony, w tym moją babcię Kornelię, na pewno tam zawiózł. „Protestant zaciekły”… A wie pan, co ten „zaciekły protestant” potrafił robić? Miał pradziadek ciężkie, duże konie, niemieckie perszerony do wożenia zboża na lorach. I właśnie te konie ciągnęły dzwony na dzwonnicę do kościoła łacińskiego w Kutach. A dawniej był to poważny problem: zwykle pół miasta ciągnęło za linę, czasem lina się zerwała, czasem dzwon spadł… Pradziadek został ojcem chrzestnym dwóch dzwonów. Jeden nazywał się „Ludwik”, a drugi, nie pamiętam, może „Herman”. Kiedy mieliśmy już agregat prądotwórczy na ropę, przy młynie, to do kościoła prąd szedł za darmo. Czy Jeklowie przeciągnęli też prąd do ormiańskiego kościoła, nie wiem. Co on jeszcze takiego zrobił, ten protestant Jekiel? Zgodził się na ślub córki Kornelii z Ormianinem i na jej zmianę obrządku na ormiańskokatolicki. I dał jej wielką wyprawę. Jak młynarze Jeklowie wydawali córkę za mąż za inżyniera Mojzesowicza, to trzeba było pokazać, że coś za nią dają. Dostała w wyprawie między innymi srebrną zastawę na dwadzieścia cztery osoby zapakowaną do skrzyni, której jeden człowiek nie mógł udźwignąć. Dwóch niosło. Nawiasem mówiąc, nie została z tego ani jedna łyżeczka, ponieważ druga żona dziadka (z którą ożenił się jakieś pięć lat po śmierci Kornelii, na początku lat 20.), już kiedy mieszkali w Bydgoszczy, sprzedała dokładnie wszystko. To była mądra kobieta. Calutką biżuterię po babci, srebro, porcelanę – wszystko sprzedała i kupiła w to miejsce nowe. Powód? A dlaczego ktoś miał powiedzieć: „Ludka, popatrz, to po twojej mamie”. Ciekawe podejście, ale – zrobiła, jak uważała. W ten sposób moja mama nic po swojej mamie nie miała, nawet chusteczki do nosa. Ale ostatecznie bez tego się można obejść.

FW. Drugą żoną Hermana Jekla była Polka, jego gospodyni: Aniela (Stanisława) Wolska. Mieli trzech synów i córkę, która zmarła we wczesnym dzieciństwie [Elisabeth Karolina Jekel, ur. 13 września 1911]. Jaki był los tej rodziny, zwłaszcza w czasie wojny?

AGG. My bardzo mało wiemy na ten temat od momentu, gdy nas rozłączono w Kutach. Każdy z synów Hermana miał dwa imiona: ale te drugie poznałam dopiero zaglądając do metryk, więc będę się posługiwać pierwszymi. Najstarszy był Ludwik [Ludwig Julian Jekel, ur. 16 grudnia 1901 roku w Kutach, zm. po II wojnie w Brunszwiku w Niemczech]. Ożenił się z Erną Czerwenką, wiedenką podejrzanej konduity. Nie podobała się matce Hermana. Mieli jedno dziecko, które umarło zaraz po urodzeniu, prawdopodobnie z powodu jakiejś wady lub uszkodzenia. Po wojnie Ludwik uciekł do Niemiec i uproszony o to, zabrał ze sobą Ukraińca, który służył w naszym młynie jako furman. Pierwsza rzecz, którą ów Ukrainiec zrobił za granicą, to pobiegł na policję zgłosić, że Ludwik jest gestapowcem. A przecież w Kutach nigdy nie było gestapo, to po pierwsze. Po drugie, Ludwik całe życie spędził w Kutach, nigdzie się stamtąd nie ruszał. Po takim oskarżeniu zamknięto go w obozie, spędził tam dłuższy czas, już ciężko chory na cukrzycę. Jego siostrzeniec przyjechał do Niemiec i razem z matką (przyrodnią siostrą Ludwika, Hildą) odwiedzili go już po zwolnieniu z obozu. Idąc po schodach, w pewnym momencie siostrzeniec zauważył: „Wujku, chyba pobrudziłeś sobie nogę, coś tu jest…”. A tamten na to: „Nie, nie, ja tak mam…” I wyjaśniło się, że w obozie bito go deską, z czego zrobiły się pod skórą, od pasa do pięt, siniaki w kolorze brązowo-sinym. To mu zostało do śmierci. Przykra sprawa, bo akurat o Ludwiku słyszałam w Kutach najwięcej dobrych rzeczy. Na przykład za Sowietów przynosił dawnym robotnikom przemycaną w kieszeni kaszę mannę dla dzieci. Ale dla mojej mamy, a swojej siostrzenicy nie był wcale taki czarujący, bo tam już chodziło o majątek rodzinny i pieniądze. Mimo wszystko mama szanowała wujka Ludwika, mówiła, że był niezwykle zdolny. Głowę miał „jak ćwierć”, co usłyszał, to zapamiętał. Szkoda, że nigdy nie poszedł na studia. Przyjaźnił się z dwójką Polaków w Kutach: braćmi Koziorowskimi, z których jeden był lekarzem neurologiem-psychiatrą (Władysław, ur. 1899 r.), a drugi, młodszy – wspaniałym adwokatem (Kazimierz, ur. 1904 r.). Po Ludwiku był Ewald zwany Bubi czyli chłopczyk [Herman Ewald Jekel, „Bubi”, ur. 5 sierpnia 1906 roku w Kutach, zaginął w czasie wojny, data i miejsce śmierci nieznane]. Był bardzo przystojny. Gdy dorósł, to kupił sobie – oczywiście za pieniądze tatusia – Buicka, chyba kabriolet, którym jeździł do Krynicy i Zakopanego.

FW. Prawdziwy playboy!

Na moście nad Prutem w Jaremczu. Od lewej stoją Mikołaj Łazarowicz, Antoni Gäntner (doktor weterynarii w Kutach), Anna Rosenbusz-Pudłowska, Ewald Jekel (w pumpach). Na lewym przęśle mostu stoi Ludwika Mojzesowicz (narzeczona Antoniego Gäntnera), na prawym przęśle Zbigniew Rosenbusz, brat Anny z narzeczoną Marią. Fot. z ok. 1937 r. Zbiory prywatne A.G.Gäntner

AGG. I to jak! Celebryta! Ludzie zapamiętali, że miał piękną pelisę podbitą rysią skórką. Ciepłą, leciutką. Widać, że chłopak z fantazją! Nie ożenił się i nie miał dzieci, mimo że wciąż towarzyszyły mu jakieś dziewczyny, szczególnie leczniczki. Kuty stały się bowiem w międzywojniu popularnym letniskiem, dzięki ks. Manugiewiczowi, który jako Senator RP rozsławił w Warszawie to miasto. Ewald nie zdążył się ożenić, bo wybuchła wojna. Nie wiemy, co się z nim stało, poza tym, że zaginął na froncie białoruskim. Mama podejrzewała, a właściwie miała takie przeczucie, że Ewald leży w Kuropatach.

FW. A może był w Wehrmachcie?

AGG. Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy Ewald służył w polskim czy w niemieckim wojsku. Ale skąd ja mam to wiedzieć? … Nie mówiono mi o tym. A poza tym, ważny jest też kontekst, wiele przecież zależało od tego, o jakim okresie mówimy, jakie wojska okupowały Lwów i Pokucie…

FW. Stanisław Łucki napisał w swojej pracy pt. Od Kut do Paryża. Wspomnienia (Paryż 1996, s. 24): „Rodzina ta [Jeklów] została zgodnie z Paktem Ribbentrop – Mołotow, repatriowana do Niemiec. Z tego, co mnie później opowiadano, Wilhelm szedł przez Kuty na front wschodni i to z bardzo wielkim strachem”…

AGG. Po Ewaldzie był wspomniany Wilhelm, student medycyny we Lwowie [Karl Wilhelm Jekel, ur. 29 czerwca 1916 roku w Kutach, data i miejsce zgonu nieznane]. Gdy wybuchła wojna, miał dwadzieścia kilka lat, poszedł na front jako sanitariusz.

FW. Ale po czyjej stronie?

AGG. Nie po polskiej, tak mi się wydaje. Chociaż u nas wtedy była już okupacja sowiecka, więc nie jestem pewna, czy to był Wehrmacht.

FW. Nawet jeśli, to prawdopodobnie nie miał żadnego wyboru. Wehrmacht to było wojsko z poboru. Jeśli znalazł się – jako syn Niemca, wyznania ewangelickiego – na liście poborowej niemieckiego wojska, to czy chciał, czy nie, musiał „iść w kamasze”.

AGG. Nie, nie… Wiluś poszedł na ochotnika. To mogło być jednak polskie wojsko. Mama, od której jej wujek Wilhelm był tylko dwa lata młodszy (!), mówiła, że on był najbardziej „normalny”. Bardzo się lubili. Jakiś młody chłopak przyszedł do nas do domu w Kutach i powiedział, że Wiluś wyleciał na minie i zginął na miejscu. A stało się to w pobliżu dawnej granicy polsko-rumuńskiej. A więc prawie pod domem. Zdążył tylko powiedzieć do żołnierza z brygady sanitarnej, że ma tu rodzinę, którą trzeba zawiadomić. Grobu nie ma.

FW. Jaki był los drugiej żony Hermana?

AGG. Kto był żyw z rodziny, to z Kut wyjechał: i pasierbica Hilda, i syn Ludwik. Hilda dotarła do Niemiec, zatrzymując się przedtem na pewien czas w Bydgoszczy, u dziadka Mojzesowicza. Ludwik też osiadł z żoną Erną w Niemczech. A Jeklowa została i umarła w Kutach [Aniela Stanisława Wolska-Jekel, ur. 9 kwietnia 1871 roku w Kutach, zm. tamże około 1956 roku. Ks. Smal zapisał jeszcze przed wojną, że „po śmierci męża wróciła do Kościoła katolickiego 17.04.1937”]. W ten sposób niemiecka część rodziny rozsypała się w oczach. Nikt już nie żyje z tej rodziny, poza mną.

Z Kut do Bydgoszczy i Obornik Śląskich

FW. Przyszedł czas na dotknięcie tematu wyjazdu z Kut i powojennych losów. Po zajęciu Kut przez wojska sowieckie straciliście dom, który zbudował Herman Jekel. W willi tej urządzono szpital wojskowy. Gdzie wobec tego się schroniliście?

AGG. Przy ul. Zielonej 12 był w Kutach dom, który należał do wicekonsula austriackiego (willa Strusia). W 1939 roku wicekonsul powiedział do rodziców: „Co wy tu jeszcze robicie? Ty [do mamy] Wianerkind, co ty tu robisz? Bierz męża, rodzinę, co się da – i w nogi do Austrii!”. Ten człowiek wiedział, że będzie wojna między Sowietami i Niemcami. I uciekł. Zostawił świeżutko zbudowany dom, który przydzielono naszej rodzinie. Dziś mieszka tam pięć rodzin. Z ulicy Zielonej 12 szło się trochę prosto, potem w lewo do ulicy Pawlika, która się dawniej nazywała ulicą Hermana Jekla, a jeszcze wcześniej Plażową. Dalej schodziło się do Czeremoszu. Urodziłam się w willi Strusia w kuchni, bo tam było łatwo o gorącą wodę i opiekę nad położnicą. Działo się to w 1943 roku. Kiedy miałam kilka miesięcy, zaopiekowała się mną na prośbę rodziców, ukraińska rodzina. Ich nazwisko chyba brzmiało Usyk, niestety, nie jestem tego pewna. Chowali mnie w dzień pod łóżkiem, ułożoną w dzieży do ciasta. To była kobieta, która nie mogła mieć dzieci, kilka razy brała na wychowanie dzieci z sierocińca, ale i te jej umierały, widocznie były jakieś słabe i chorowite. I ona zgodziła się mną zaopiekować. Ale jak przenieść przez miasteczko dziecko, które wszyscy znają? Pozawijała mnie w jakieś szmaty i niesie. „O, znowu masz dziecko!” – mówią ludzie – „A to jakie: żydowskie, czy polskie? No pokaż, pokaż. Przecież do dochtorowa detyna!”. Jakoś się wymówiła, zabrała mnie do siebie, schowała pod łóżko. Jedyną rzeczą, której ja się tam nauczyłam leżąc, bo chodzić nie mogłam, to: palec na ustach. Gdy mnie mama zabierała z powrotem i coś zaczęła mówić, to jej pokazałam ten właśnie gest: nie wolno nic mówić, cicho! A przecież dzięki temu się uratowałam, rodzice nie musieli mnie ukrywać po kartofliskach…

Kuty, willa konsula Austrii, Strusia. Od lewej: Zbigniew Tustanowski, Ludwika Gäntner, prawdopodobnie Stefania Tustanowska. W oknie Hilda Jekel-Augustyniak. W wózku - Alicja Grażyna Gäntner, 1943 r. Fot. zbiory prywatne A.G.Gäntner

FW. Dramatyczne momenty w czasie napadów banderowskich opisała Pani w ostatniej rozmowie. Babcia Mojzesowiczowa cudem uszła z życiem dwa razy.

AGG. W czasie napadów UPA Polacy i Ormianie uciekali i chowali się w polu, między rędzinami, gdzie się dało. Babcia także. Ale pewnego razu zdecydowała, że nie będzie się chować, może było już zimno, a może była zmęczona, nie wiem. I dlatego opatuliła się i przebrała za służącą. Wtedy, w 1944 roku, pod nieobecność ukrywających się rodziców, banda UPA zniszczyła meble, a babcię Marię Majzesowiczową herszt bandy uderzył w głowę i pozbawił słuchu.

FW. Banderowcy szukali wówczas doktora i jego rodziny. Doktorem (lekarzem weterynarii) był pani ojciec.

AGG. Tak, ojciec był bliski także uzyskania naukowego stopnia doktora. Tytuł jego pracy doktorskiej brzmiał: „Pomiary osteologiczne owcy huculskiej na przykładzie powiatu kosowskiego”. Wypreparowywał kosteczki, także te najmniejsze, z nadgarstka, czyścił, obgotowywał, żeby były białe, mierzył, chował w pudełeczka i opisywał. Wszystko było pochowane w skrzynki drewniane, gotowe do transportu. Owca huculska miała delikatną wełnę, trochę jak merynos, dawała też dobre mleko – pewnie z powodu tamtejszych kwietnych łąk. Tato miał bronić pracy na jesieni w 1939 roku. Po którymś napadzie banderowskim na dom rodzice zastali na podwórku rozbite skrzynie z tymi owczymi kosteczkami i rozsypaną po całym podwórku zawartość. Cały materiał porównawczy. Trudno byłoby to na nowo zebrać i poskładać. Ojciec machnął ręką i zrezygnował. Ukraińcy ukradli wówczas z domu spodnie od fraka, bo miały lampas oraz zabrali dyplom ojca, oprawiony i wiszący na ścianie. Pewnie myśleli, że bez tego nie będzie mógł pracować jako lekarz. Prawdopodobnie nie przyszło im do głowy, że oprócz dyplomu wydawano również książeczki legitymacyjne.

FW. Jakie były dalsze losy Pani rodziców?

AGG. Rodzice ostatnie miesiące przed repatriacją spędzili w Stanisławowie. Kuty były niebezpieczne, ciągle kogoś mordowano. Po przekroczeniu granicy zatrzymaliśmy się w Zamościu, tato szukał pracy. W końcu dostał skierowanie aż do Szczecina, na stanowisko lekarza portowego. Tato i jego kolega, też o lekko z niemiecka brzmiącym nazwisku, zdecydowali się jechać. Pojechali do portu. Jest rok czterdziesty szósty lub siódmy. ,A wy kuda?” – pyta się ich jakiś sołdat. Mówią, że do pracy. „A wam co do tego, to jest nasz port, to jest nasze sowieckie miasto Szczecin. Nie potrzebujemy żadnego Polaka do pracy, jeszcze na lekarza portowego. A kakoj ty wracz [co z ciebie za lekarz].” – mówi sołdat. Zaproponował im, żeby szybkim krokiem się oddalili, co też uczynili. Co mieli robić? Potem ojciec został wojewódzkim lekarzem weterynarii w Koszalinie. Dali mu tam bardzo ładną willę. Był w niej nawet piękny fortepian, bo na parterze mieszkały jeszcze poprzednie właścicielki, Niemki, dwie siostry, które uczyły muzyki. Ponieważ mój ojciec grał na skrzypcach i śpiewał, to widok fortepianu podziałał na niego jak koń na ułana. Łatwo dogadał się z Niemkami, był zresztą bardzo grzeczny, delikatny, szybko się z nimi zaprzyjaźnił. Te dwie stare panny tak się martwiły, jak one zabiorą ze sobą do Niemiec ten wielki fortepian? A jeśli nie zabiorą, to jak przeżyją, z czego się utrzymają? One nic nie umiały, tylko uczyć muzyki. Tato obiecał, że im pomoże w transporcie instrumentu. Przecież wiemy, co to znaczy, jak się wyrzuca kogoś z domu. Tymczasem dokwaterował się do nich zastępca ojca, drugi lekarz, też z Kresów i jakoś tak dziwnym trafem się stało, że ojciec został z jednym pokoikiem, a tamten wziął się za Niemki i w try miga je wyrzucił z domu. Tato mówi: „Kolego, no przecież tak nie można. Dlaczego kolega robi coś, na co ja nie wydałem zgody?”. „Nie będą tu Niemcy pluć nam w twarz” – brzmiała odpowiedź. Bohater się znalazł, po wojnie! Potem się zapisał do partii, ni stąd ni zowąd tato przeszedł na zastępcę, tamten na wojewódzkiego lekarza. Tato powiedział na koniec: „Z tym kolegą nie będę dalej pracował” i odszedł. Jedynym człowiekiem, którego nie słyszałam klnącego, był mój ojciec. „Psiakrew” czasem powiedział, ale to z racji zawodu ten pies… Śmiech… Więc z kolegą nie wyszło… Ojciec znalazł się w Wałczu.

FW. Co się w tym czasie działo z Panią?

AGG. A my w tym czasie: prababcia, mama i ja, byłyśmy w Bydgoszczy u ojca mamy, Bogdana Kazimierza Mojzesowicza i u jego drugiej żony.

FW. Chyba musimy cofnąć się do czasów przedwojennych i wyjaśnić, jak to się stało, że Pani dziadek z drugą rodziną trafił do Bydgoszczy?

AGG. No właśnie: jakim cudem? Ormianin ze Lwowa, czego on tam szukał w tej Bydgoszczy ausgerechnet, jak by powiedzieli Niemcy?

FW. Musimy pójść jeszcze dalej i zapytać, jak doszło do drugiego ożenku Pani dziadka…

AGG. Kornelia umarła w 1918 roku, moja mama, a ich córka miała kilka lat, dziecko wychowywało się to u jednej, to u drugiej babci… Dziadek uznał, że tak dłużej być nie może, że powinien się ożenić.

FW. Jak się nazywała ta druga żona?

AGG. Jadwiga Gołąbówna, po mężu Bielska. Jej rodzina przybyła do Lwowa w okresie, gdy powstawał Cmentarz Łyczakowski, bo to byli kamieniarze. Kolejne cztery pokolenia Gołąbów były uzdolnione artystycznie i z każdym pokoleniem coraz bardziej zamożne. Niedaleko od rynku jest ulica, która dziś nazywa się Werhradzkiego, ale przed wojną była to ulica Andrzeja Gołąba. Uliczka nieduża, ale wszystkie siedemnaście kamienic należało właśnie do Gołąbów. Byli więc już nie tylko budowniczymi, ale i posiadaczami kamienic, w których wynajmowali mieszkania. W domu, w którym rezydowała sama Helena Gołąbowa, matka Jadwigi, piętro wyżej mieszkała, jako lokatorka, Gabriela Zapolska. Musiały je łączyć szczególne stosunki, skoro Zapolska tak ją obsmarowała w Moralności pani Dulskiej… Czy mąż pani Gołąbowej był jak ów Feliks w komedii, co to łaził dookoła stołu spacerując na Kopiec Unii Lubelskiej, tego nie wiem… Ale że pani domu była skąpa, to była prawda. Wzięło się to zresztą zapewne z tego, że pierwsi przedstawiciele rodziny we Lwowie nic nie mieli, na wszystko zapracowali sami. A więc nie świadczyło to znowu o nich tak najgorzej, wręcz przeciwnie, byli typowym przykładem klasy średniej. Jadwiga Gołąbówna, która była ponoć bardzo piękna, wyszła za mąż przed pierwszą wojną za lekarza wojskowego, Bielskiego, który po jakimś czasie zmarł. Jadwiga (zwana w rodzinie Wichurą, od zdrobnienia Wisia) po wojnie radziła sobie prowadząc na spółkę z inną wdową kawiarnię we Lwowie. Była to wciąż przystojna, ładna, młoda kobieta. Dziadek zobaczył ją i po prostu się zakochał. Nie chciała jednak o nim słyszeć. W domu Gołąbów grywało się w karty, dziadek był znakomitym brydżystą. Zapytał Jadwigę, czy jeśli wygra, to ona wyjdzie za niego za mąż. Ponieważ już tygodniami nic nie wygrywał, i wydawało się niemożliwe, żeby było inaczej – przystała na ten zakład. I wtedy jeden jedyny raz w tym czasie dziadek wygrał. Słowo się rzekło – i tak się pobrali. I tu się zaczyna wątek bydgoski. Otóż ojciec tej drugiej żony, mieszkający we Lwowie, zamożny człowiek, zaopatrzył się w Bydgoszczy w majątek ziemski. Osiemdziesiąt morgów magdeburskich, a do tego dom, który wtedy miał pewnie kilkanaście lat (dom zresztą stoi do dziś i służy kolejnej Wisi Mojzesowicz, po mężu Bilewskiej, wnuczce Bogdana i Jadwigi Gołębiówny). Tymczasem w połowie lat 20. dziadek Mojzesowicz przestał pracować w międzynarodowej firmie handlującej drewnem, której siedziba była w Kutach. Dostał odprawę, a po pierwszej żonie, Kornelii miał spory majątek. Zastanawiał się, gdzieby się tu przenieść: może do Lwowa, do Stanisławowa? Tylko nie wiadomo, co on, jako leśnik, robiłby we Lwowie, chyba że zająłby się parkami, których było od licha. Wybrali się z Jadwigą do Lwowa, a tam teść Gołąb proponuje: „A nie chcesz do Bydgoszczy? Studia kończyłeś w Wiedniu, lepiej mówisz po niemiecku, jak po polsku.” Rzeczywiście, dziadek i szkołę średnią robił po niemiecku, Goethem lepiej operował, jak Mickiewiczem. Gdy chciał coś ładnie powiedzieć, to mówił to po niemiecku. Po polsku też umiał, ale pewne rzeczy musiał sobie „dorobić”, bo mu ich brakowało w wykształceniu. I tak to dziadek odkupił majątek w Bydgoszczy od teścia.

FW. I do tego majątku trafiliście po wojnie.

AGG. No właśnie. Bardzo tam było miło i dobrze. Duże gospodarstwo pięknie położone nad kanałem Brdy, wszystko było, jajka, mleko, śmietanka, szparagi, winogrona, co kto chciał, to miał. Były służące, dużo ludzi do pomocy w polu, była kucharka, która gotowała robotnikom i druga, która gotowała państwu. Niestety, z macochą nie układało się najlepiej, a była przecież jeszcze matka dziadka, czyli babcia mojej mamy (Maria Mojzesowiczowa). Macocha mamy powiedziała: „Dobrze, możecie tu siedzieć, ile wam się podoba, ale teściowa niech idzie na piętro, nie chcę, żeby z nami jadła przy jednym stole”. Mama musiała przystać. Dziadzio się nie wtrącał. Tacy są czasem mężczyźni. Pomyślał: No co tam, Babci przecież nic nie będzie, i tak jej ciężko po schodach chodzić. Następnego dnia macocha, która lubiła dzieci i pozwalała mi na wszystko, pyta mamę: „A dziecko gdzie?”. „Z Babcią.” „Jak to z Babcią? Ma być tutaj.” „To Babcia jest furman, żeby sama jadła?” – mówi mama – „Babcia tam, to i dziecko tam! Mamusia sobie życzy dziecko na dole, to Babcia też na dole”. Nie pamiętam tego, bo byłam za mała, ale tak to wyglądało. Trafiła kosa na kamień. Z macochą bywało różnie. Czasem nawet się można pośmiać z tego. Wszyscy się bardzo śmiali, gdy rozważałam, jak się zwracać do macochy mamy. „Przecież ty nie jesteś babcia. Bo Babcia jest stareńka, a ty nie jesteś stara”. „To mów ciociu”. „Ale, ale, na ciocię to ty jesteś za stara!” – trzy- czteroletnie dziecko siedzi i myśli, długo, bo przecież rozum mały jeszcze… „To ty będziesz ciocia-babunia”. I z takim właśnie „tytułem” funkcjonowała w rodzinie do śmierci. Wiele lat potem dziadek powiedział do mojej matki, przed samą śmiercią (chorował na raka płuc): „Wiesz, przecież nie byłem taki głupi, a nie zdawałem sobie sprawy, że są kobiety inne niż twoja mama”. Wiedział, że jego córka z pierwszego małżeństwa była pokrzywdzona, ale cóż, strasznie trudno jest walczyć z kobietą, którą się kocha… Nawet o własne dziecko.

FW. Nawet o własną matkę… Powiedzmy jeszcze parę słów o Babci Mojzesowiczowej.

AGG. Chociaż to moja prababcia, zawsze mówię o niej Babcia. Bo tak się ją nazywało: Babcia Stareńka (w odróżnieniu od „babci” czyli Gäntnerowej). Nazywała się z domu Maria Matuszewska, ale jej matka była Ormianką – z Manugiewiczów. Mąż Babci: Józef Jan Mojzesowicz zmarł w Tyśmienicy w 1927 roku. Wcześniej ze swoim bratem, księdzem kanonikiem Mikołajem Mojzesowiczem wędrował od parafii do parafii, tam, gdzie brat był proboszczem – i prowadził gospodarstwo. A Babcia z nim. Kiedy owdowiała, została sama, nie bardzo miała się gdzie podziać. Syn Babci był już wtedy w Bydgoszczy. Wnuczka (moja mama) była na studiach weterynaryjnych we Lwowie. Księża ormiańscy powiedzieli, że jest w Tyśmienicy pusta parafia p.w. św. Kajetana i popada w ruinę. Niech tam Babcia idzie pomieszkać za darmo, chodzi tyko o to, żeby zaopiekowała kościołem i otworzyła go na odpust, na św. Kajetana. A Babcia nie tylko otworzyła kościół, ale urządzała odpusty! A robiła to taką metodą. W Tyśmienicy był klasztor Dominikanów, a jeden z ojców, Alan, był babci kuzynem. Stąd była bardzo zaprzyjaźniona z wieloma księżmi. Mówi więc do jednego, który zbyt dobrze nie śpiewał, nie mówił też pięknych kazań: „Ty świetnie spowiadasz, ludzie strasznie lubią przychodzić do ciebie do spowiedzi, ty idź do konfesjonału, to będzie najlepiej…”. Do drugiego powiada: „Ty dobrze śpiewasz, będziesz śpiewał mszę”. O trzecim znowu myśli: „ Ten potrafi powiedzieć piękne kazanie, ale może uda się ściągnąć jeszcze innego księdza, co jeszcze lepsze ma kazania?”. No i był z tego odpust na dwadzieścia cztery fajerki. Pewnego razu przybywa do Stanisławowa i Łyśca kardynał Hlond. Przejeżdża przez Tyśmienicę, dowiaduje się, że jest taki pusty kościół ormiański. „Jak to pusty?. „No, pusty, tam jest Babcia”. „To ja chcę zobaczyć ten kościół, który prowadzi Babcia” – mówi Hlond. Przyjechał do Tyśmienicy do kościoła, świta kardynalska wyciąga Babcię informując, że taki dostojnik będzie się chciał z nią spotkać. Babcia zaprosiła ich do środka, a że zawsze miała w domu coś upieczonego, w najgorszym zaś wypadku były konfitury – wszystkim się bardzo to spodobało, że w ormiańskim kościele, nawet gdy nie ma księdza, jest porządek, jest czyściutko i kościół jest czynny i wygląda na to, że wiara tam żyje. Może nawet jakiś ksiądz się znajdzie i wróci… Taka była Babcia Stareńka.

FW. Interesują mnie jeszcze zdrobnienia, które funkcjonowały w języku rodzinnym, trafiały do tablic genealogicznych, a nawet do napisów nagrobnych… I nie chodzi tylko o formy takie jak Babunia Stareńka, ale w ogóle o zdrobnienia imion.

AGG. To była osobna tradycja. Weźmy taką sytuację: dzwoni telefon i słychać głos: „Marysiu!”. A to nie było wcale do żadnej Marysi, tylko do mego ojca, który miał na imię Marian. Maria to Minek albo Mińcia, Albina to Bińcia, Kornelia to była Nela – tego typu zdrobnienia panowały w naszej rodzinie. Moses [Mojzesowicz] to był Muśko, Kajetan – Kajcio, Samuel – Sianio, Rypsyma – Rybka. Mikołaj – Miko, Kolo. Skoro w rodzinie było dwóch Mikołajów Mojzesowiczów, dla odróżnienia jednego nazywano Kolo, a drugiego Miko. Proste i logiczne. Stąd te fikuśne zdrobnienia. A gdy mówimy o imionach, to przypomina mi się jeszcze jedna rodzinna opowieść. Ksiądz Manugiewicz mówi do mojej mamy (o mnie): „To jak ochrzcimy tę małą, może Rypsyma?” „Wszystko, ale nie Rybka” – odpowiada mama – „Po pierwsze, nie wiadomo, czy to się pisze przez ‘p’. Rybsyma czy Rypsyma. A poza tym, to się nieładnie rymuje z pewnym słowem”. „To jak chcesz dziecko nazwać?” – pyta ksiądz Manugiewicz. – „Marzena” – „Chyba chora jesteś! Musi być święte imię” – powiada ksiądz. I znalazł imię: Alicja, chociaż takiej świętej nigdzie nie ma! I tak to było z ks. Manugiewiczem. Mama już groziła, że pójdzie do polskiego księdza, do łacinnika, czyli do ks. Smala. A Manugiewicz na to: „No, ja chcę widzieć, jak ci ten konserwatysta da na imię córce Marzenka”. Śmiech…

FW. Nazwiska tych dwóch księży ściśle związały się z powojennymi losami ich parafian.

Anna Kriwcowa z domu Łucka, żywa kronika historii Kut, przy grobie ks. Jana Smagowicza, 2006 r. Fot. zbiory prywatne A.G.Gäntner


AGG. Proboszcz łaciński w Kutach, ksiądz Wincenty Smal „podzielił się” obowiązkami z ormiańskim proboszczem, Samuelem Manugiewiczem. Kiedy okazało się, że część ludzi jednak zostanie w Kutach, ks. Manugiewicz mówi: „Ja zostanę z tymi, którzy tu są, a ty z resztą jedź do Polski. Mnie wszystko jedno, a ty jesteś Polak, więc Tobie w Polsce będzie łatwiej. Ja się tu urodziłem i tu umrę”. I tak się stało. Z Wincentym Smalem, transportem z Kut, przybyli do Obornik moi dziadkowie Gäntnerowie. A obaj księża umarli w tym samym roku: 1956, jeden w Grudziądzu, drugi w Kutach.

FW. Pamięta Pani swój powrót do Kut?

AGG. Był 2002 rok. Przyjechałam do Kut po raz pierwszy. Wysiadłam z taksówki na trzęsących się nogach. Powiedziano mi, że na ulicy Zielonej 12 mieszka pani, która „wszystko wie”. Stoję przed siatką jej domu, siatka trochę poobrywana, furteczka…, wychodzi starsza pani z pięknymi grubymi siwymi włosami. Anna Kriwcowa, z domu Łucka, z rodziny Agopsowiczów, żywa kronika Kut i Polaków, którzy tam przyjeżdżali i stamtąd wyjeżdżali. Przedstawiam się, mówię, że jestem wnuczką Jeklów, córką lekarza Gäntnera, że dziadek był Mojzesowicz. A ona chwilę myśli, myśli i mówi: „A pani wie, gdzie pani jest?” – „No w Kutach” – „Ale tu w Kutach: gdzie pani jest?” – „Nie wiem. A dlaczego to jest takie ważne?” – „No bo przecież pani się tu urodziła”. Pierwszy dom, do którego podeszłam, to była willa Strusia, w której się urodziłam! I jak tu nie wierzyć w Opatrzność?! Kiedy znalazłam się wtedy pierwszy raz w Kutach, chodziła mi po głowie ta historia z mitologii: o Anteuszu, który wiedział, że gdy dotknie swojej ziemi, to odzyska siły.

O Autorce

  • Alicja Grażyna Gäntner (ur.1943 r.) - dr nauk leśnych, emerytowany pracownik Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie. Tekst wywiadu ukazał się w kwartalniku "Awedis" (nr 28-30, 2016 r.).
Alicja Grażyna Gäntner, Kraków 2016, fot. F.Wasyl